Gdy inni nie tańczą do naszej melodii

Spotkanie z Natalią #5

Rozważane fragmenty:

  • Tułasiewicz Natalia, Być poetką życia. Zapiski z lat 1938-1943, Wydawnictwo Flos Carmeli, Poznań 2020, s. 195-198.
  • Ewangelia według św. Łukasza 7, 31-35.

„Ciągle sobie obiecuję, że tu zanotuję mnóstwo ważnych rzeczy, czas mija, a notatek przybywa mało” – zapisuje Natalia. I zaraz dodaje, że gdyby ktoś oceniał jej życie tylko na podstawie tych zapisków, mógłby ją posądzić o „grubą niewdzięczność i brak serca”. To zdanie, choć otwiera wspomnienie o przyjaźni, dotyka czegoś znacznie większego. Życie jest zawsze bogatsze od tego, co zostało zapisane, opowiedziane czy zobaczone z zewnątrz. A jednak tak często właśnie na podstawie fragmentów budujemy sobie obraz drugiego człowieka. Widzimy czyjeś milczenie, brak odpowiedzi, niezrozumiałą decyzję – i dopowiadamy resztę historii.

Natalia wspomina, że miała „dużo serdecznych, dobrych przyjaciółek”. Szczególne miejsce zajmowała wśród nich Luśka. Co ciekawe, nie połączyło je podobieństwo. „Byłyśmy tak bardzo różne. Może właśnie to” – zastanawia się Natalia. I zaraz mówi o „obustronnej potrzebie przyjacielskiej spójni szczerej, oddanej, a przy tym nie bezkrytycznej”. Jest w tych słowach bardzo dojrzałe rozumienie relacji. Bliskość nie wymaga przecież identyczności ani nieustannego potakiwania sobie. Drugi człowiek może być inny, może widzieć świat inaczej, może nawet czasem nas uwierać swoją odmiennością, a jednak właśnie dzięki niemu możemy zobaczyć coś, czego sami nigdy byśmy nie dostrzegli.

„Nie od razu tak rzecz pojmowałam” – przyznaje Natalia – „ale przyjaźń z Luśką bardzo wiele mnie nauczyła…”. Relacje rzeczywiście są szkołą. Uczą nas nie tylko poprzez piękne chwile. Czasem najważniejsze lekcje zaczynają się wtedy, gdy pojawia się rozczarowanie. Tak było również tutaj. W pewnym momencie kontakt przyjaciółek się urwał. Natalia pisała, ale nie otrzymywała odpowiedzi. W końcu, nie chcąc być natrętną, sama zamilkła. „Było mi gorzko w duszy” – wspomina. Nie oczekiwała wielkich zwierzeń ani długich listów. Chciała po prostu wiedzieć, że Luśka żyje, jest zdrowa, że wszystko u niej dobrze. Zamiast tego przyszły dwa lata ciszy.

I właśnie wtedy wydarzyło się coś bardzo ludzkiego. Po dwóch latach milczenia Luśka wreszcie się odezwała i chciała spotkać się z Natalią. Ale nagromadzony żal nie pozostał bez wpływu na sposób, w jaki Natalia przyjęła tę wiadomość. Jak sama napisze, sprawił, że „przygłuszyła głos serca” i uwierzyła opinii „doświadczonej, ale podejrzliwej osoby” ze swojego otoczenia. Według niej Luśką kierowały materialistyczne pobudki – odezwała się, bo potrzebowała dogodnego miejsca w obcym mieście.

Cudza sugestia trafiła więc na podatny grunt. Być może właśnie dlatego, że współgrała z żalem, który Natalia już w sobie nosiła, tak łatwo było jej w nią uwierzyć. To bardzo ludzki mechanizm: kiedy jesteśmy zranieni, łatwiej przyjmujemy te sądy o innych, które zdają się potwierdzać nasze własne odczucia. A przecież nawet opinia kogoś doświadczonego pozostaje tylko opinią – nie daje nam dostępu do serca i prawdziwych intencji drugiego człowieka.

I właśnie tutaj historia Natalii zaskakująco mocno spotyka się ze słowami Ewangelii. Jezus porównuje ludzi swojego pokolenia do dzieci siedzących na rynku i wołających do siebie: „Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wy nie płakaliście”. Przyszedł Jan Chrzciciel, żyjący surowo, poszczący i stroniący od wina – uznano, że jest opętany. Przyszedł Jezus, który siadał z ludźmi przy stole, jadł i pił – nazwano Go żarłokiem, pijakiem i przyjacielem grzeszników. Jan był zbyt surowy. Jezus – zbyt bliski ludziom. Jeden nie jadł – źle. Drugi jadł – też źle. Jakby nie chodziło już o to, co robią Jan i Jezus – cokolwiek zrobią, znajdzie się powód, by ich odrzucić.

Czy nie robimy podobnie? Jak często oczekujemy, że drugi człowiek zatańczy dokładnie do melodii, którą dla niego gramy. Powinien odezwać się wtedy, kiedy tego potrzebujemy. Odpowiedzieć tak, jak naszym zdaniem należy. Okazać miłość w sposób, który my rozumiemy. Przeżywać radość i smutek podobnie jak my. A kiedy zachowuje się inaczej, zaczynamy dopisywać mu intencje.

Luśka przez dwa lata nie odpowiadała. To był fakt. „Nie zależy jej na mnie” – byłoby już interpretacją. Po dwóch latach się odezwała. To również był fakt. „Robi to, bo czegoś potrzebuje” – to znów interpretacja. I może właśnie tego rozróżnienia bardzo potrzebujemy dzisiaj. Ile relacji psuje się nie przez to, co rzeczywiście się wydarzyło, ale przez historię, którą zbudowaliśmy sobie wokół tego wydarzenia? Nie zadzwonił, więc mu nie zależy. Nie zaprosiła mnie, więc zrobiła to specjalnie. Nie zapytał, więc jest egoistą. Odezwała się po długim czasie, więc na pewno czegoś chce. Być może czasami mamy rację. Ale czasami nie. A mądrość zaczyna się również od odwagi powiedzenia: nie wiem. Nie wiem, dlaczego tak postąpił. Nie znam całej historii. Nie widzę jego serca.

Życie samo zweryfikowało sąd Natalii. Kiedy została wysiedlona, Luśka przyszła z konkretną pomocą – przesłała pieniądze, a później także paczki z żywnością i potrzebnymi rzeczami. Ta, której wcześniej przypisano materialistyczne pobudki, sama zaczęła dzielić się tym, co miała. Nie musiała przekonywać Natalii, że została źle oceniona. Odpowiedziała swoim życiem.

„Jakże się można bardzo mylić w takich pospiesznych sądach” – napisze później Natalia. Nie zatrzyma się jednak na samym odkryciu błędu. „Przeprosiłam ją, bo mi sumienie nie dawało spokoju”. I może właśnie tutaj wydarza się coś jeszcze ważniejszego niż samo ostrzeżenie przed ocenianiem. Człowiek dojrzały nie jest człowiekiem, który nigdy się nie myli. Jest raczej kimś, kto potrafi pozwolić prawdzie zakwestionować własny sąd. Potrafi powiedzieć: pomyliłam się, skrzywdziłam cię, przepraszam. Natalia dodaje: „Ale takie błędy uczą na całe życie…”. Błąd może więc człowieka zamknąć w poczuciu winy, ale może też stać się początkiem mądrości.

I właśnie wtedy szczególnej mocy nabiera ostatnie zdanie Ewangelii: „A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność”. A jednak. Ludzie mogą mówić wiele. Mogą źle odczytać Jana, mogą niesprawiedliwie ocenić Jezusa, mogą przypisać drugiemu człowiekowi intencje, których nigdy nie miał. A jednak prawda ma swoje owoce. Z czasem okazuje się, co rodzi dobro, wierność, miłość. Luśka również została niejako „usprawiedliwiona” przez owoce swojej przyjaźni. Jej czyny powiedziały o niej więcej niż cudze opinie.

Ale Ewangelia prowadzi nas jeszcze dalej. Nie chodzi przecież tylko o to, jak patrzymy na innych. Chodzi również o to, jak rozpoznajemy działanie Boga. Być może wobec Niego także zachowujemy się czasem jak dzieci na rynku. Mamy własną melodię i oczekujemy, że Bóg do niej zatańczy. Wiemy, jak powinien rozwiązać naszą sytuację, kiedy odpowiedzieć na modlitwę, kogo pozostawić przy nas, którą drogą nas poprowadzić. A kiedy życie nie układa się według naszego scenariusza, łatwo uznać, że coś jest nie tak.

Z Luśką nie widziały się przez około dziewięć lat. Ich drogi pozostawały rozdzielone, choć przyjaźń trwała i zdążyła już przejść niejedną próbę. Spotkały się ponownie w szczególnym momencie – po śmierci ojca Natalii, kiedy Luśka przyjechała na jego pogrzeb. Natalia zapisze później niezwykłe słowa: „I Tatuś wymodlił nam…”. W doświadczeniu straty dostrzega więc jednocześnie dar – odzyskaną po latach obecność przyjaciółki.

Nie oznacza to, że każde cierpienie umiemy wyjaśnić ani że powinniśmy na siłę szukać prostych odpowiedzi. Może przeciwnie – mądrość polega czasem na zgodzie, że nie wszystko rozumiem od razu. Sens pewnych wydarzeń dostrzegamy dopiero z perspektywy czasu.

W obrazie ewangelicznych dzieci pojawiają się przecież dwie melodie: jedna zaprasza do tańca, druga do płaczu. I jedno, i drugie należy do życia. W historii Natalii również jest czas młodzieńczej radości i czas wojny, bliskość i rozłąka, żal i pojednanie, śmierć i niespodziewane spotkanie. Może dojrzałość polega także na tym, żeby rozpoznać, jaka melodia rozbrzmiewa właśnie teraz – kiedy jest czas radości, kiedy płaczu, kiedy działania, kiedy przeproszenia, a kiedy cierpliwego czekania.

Wracają wtedy pierwsze słowa Natalii o jej zapiskach. Gdybyśmy oceniali ją tylko na podstawie tego, czego nie zanotowała, moglibyśmy – jak sama mówi – posądzić ją o brak serca. Ale nie znalibyśmy całej historii. I być może jest to jedna z najważniejszych myśli, jakie zostały z nami po tym Spotkaniu z Natalią: nie mylmy fragmentu z całością. Nie mylmy czyjegoś milczenia z obojętnością, własnego żalu z wiedzą o cudzych intencjach, doświadczenia z mądrością, a naszej wizji wydarzeń z wolą Boga.

Pozostawmy w sobie trochę miejsca na „a jednak”. Na możliwość, że człowiek jest inny, niż o nim pomyśleliśmy. Że historia, którą uznaliśmy za zakończoną, jeszcze trwa. Że błąd może nauczyć nas czegoś na całe życie. Że po dziewięciu latach może dojść do spotkania. Że czasem trzeba zatańczyć, czasem zapłakać, a czasem po prostu poczekać.


Na drogę…

  • Co sprawia, że czasem zbyt szybko wydaję sąd o drugim człowieku?
  • Wobec kogo oczekuję dziś, że będzie „tańczył do mojej melodii” – zachowywał się tak, jak ja tego potrzebuję lub oczekuję?
  • Czego nauczyły mnie moje pomyłki w relacjach i jak zmieniły moje patrzenie na innych?
  • Gdzie w moim życiu potrzebuję zostawić miejsce na „a jednak” – zaufać, że sens i owoce tego, co dziś przeżywam, mogą ujawnić się dopiero z czasem?

Do kolejnego Spotkania z Natalią!

Niech te słowa dojrzewają w Twoim sercu i codzienności.